Skip to content

Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet.Marzena Filipczak

Styczeń 16, 2010

 

„Jadę sobie” nie jest przewodnikiem pokazującym turystyczne atrakcje. To opis tego, co widać z okna zdezelowanego autobusu albo hoteliku na ruchliwym bazarze, o czym rozmawiają klienci lokalnych restauracji, czym się emocjonują miejscowe nastolatki. Opis niespieszny, bo autorka nie postawiła sobie za punkt honoru obejrzenie wszystkich zabytków, pojechanie na wszystkie wycieczki i pójście na wszystkie trekkingi; wybierała to, co ją interesuje najbardziej, jeśli gdzieś jej się podobało zostawała dłużej.

Część I
Jest utrzymana w konwencji blogu. Marzena Filipczak opowiada o ludziach spotkanych po drodze, drewnianych autobusach, którymi jeździła, przydrożnych knajpach, w których jadała, małpach, które ją pogryzły i szpitalach, które ją potem leczyły.
O tym, jak nie mogła porozumieć się z miejscowymi (trudności zarówno komunikacyjne, jak i mentalne) i jak ci miejscowi jej pomagali.

Część II
Jest bardziej praktyczna i traktuje o bezpieczeństwie samotnej (i nie tylko) kobiety w podróży. To odpowiedzi na najczęstsze pytania, które autorka zadawała sama sobie przed wyjazdem, i które inni zadawali jej po powrocie.
Od tego: gdzie i jak znaleźć porządny hotel, jak przeżyć kradzież pieniędzy, jak to jest podróżować nocą w wagonie pełnym facetów z plecakiem przypiętym łańcuchem do siedzenia, po odpowiedzi na pytania czy można kupić miejscowe kosmetyki (można, ale trzeba uważać na kremy wybielające) albo pójść do fryzjera (nie można, bo często po prostu go nie ma).

Karaluchy wielkości palca, skobel w drzwiach zamiast zamka oraz, last but not least, dziura w podłodze z wiaderkiem do spłukiwania nieczystości zamiast toalety. Tak wyposażony pokój w tanim (ale nie najtańszym!) hotelu zastała Marzena Filipczak tuż po przylocie do indyjskiego Bangaluru. Niezbyt budujące doświadczenie, prawda? Zwłaszcza jeśli ma się w perspektywie spędzić w podobnych warunkach […]

Bardzo długo zwlekałam z napisaniem recenzji a to dlatego ,że po lekturze miałam bardzo mieszane uczucia.Z pewnością nie jest to książka dla każdego a śmiało mogę powiedzieć ,że nie dla więkoszości.Jestem przekonana ,że każdy kto zapragnął sobie powiększyć biblioteczkę o nowe pozycje podróżnicze chciał znów jak za dotknięciem magicznej różdzki przenieść się do innego świata,kultury oraz ludzi. Po przeczytaniu pozycji nasuwają nam się jednak pytania po co? Ciągle nagabywania obcych,liczne kradzieże,niski komfort tamtejszych hoteli.Odnoszę wrażenie ,że autorka nie mogąc już nic wykrzesać ze swoich umiejetności  zasłania się fotografiami,nie odsłania ukrytych prawd i nie rozprawia się z utrwalonymi mitami. Nie zadowoli czytelnika,nie dostarcza sensacji.

Jak brzmi bardzo mądre arabskie przysłowie „Kto nie podróżuję,nie zna człowieka…” Filipczak podróżuję jednak o wartości człowieka nigdy się nie przekona ponieważ za pancerzem ochronnym woli skrywać swoje karty kredytowe  aniżeli poświęcić chwilę czasu na szczerą rozmowę z drugim człowiekiem.

Dlamnie to jedynie zlepek suchych opowieści…I wbrew poszszechnym opiniom ja nie dostrzegam nawet  kszty poczucia humoru Pani Marzeny.

Martyna Wojciechowska „Przesunąć horyzont”

Grudzień 29, 2009

Martyna Wojciechowska wchodzi na najwyższą górę Ziemi.Czy poza medialnym szumem wynika z tego coś jeszcze?Czy ekstremalne  osiągnięcia innych ludzi mogą cokolwiek wnieść w nasze życie?A jednak…Tam gdzie jest się najbardziej samotnym wśród ludzi,tam gdzie cisza huczy głośniej niż lawiny i gdzie najgrożniejsze jest to,co najbardziej upragnione.Dlaczego ktoś po dwukrotnym złamaniu kręgosłupa myśli o zdobyciu Everestu?Po co wogle rzucać wyzwanie własnym słabościom?Dlaczego człowiek tak bardzo pragnie spojrzeć śmierci w oczy?Właśnie…Dlaczego? Myślę ,że na te wszystkie postawione pytania nie da się odpowiedzieć w żaden racjonalny sposób bowiem niepohamowana chęć spełniania marzeń nijak odnosi się do rozsądku.Jest to coś,co w nas siedzi od dłuższego czasu,nie daję o sobie zapomnieć-to są właśnie marzenia.Żądza ich spełnienia.

Przesunąć horyzont” to niepowtarzalna w treści i zarazem pierwsza książka Martyny Wojciechowskiej, dziennikarki TVN, znanej ze swoich pasji podróżniczych i motoryzacyjnych. Książka ta, to przede wszystkim niezwykły, intymny dziennik pisany przez Martynę, podczas wyprawy na najwyższy szczyt świata. Tak naprawdę to opowieść nie tylko o górach, to wyznanie. Autorka mówi w niej o zmaganiu się z samą sobą i osiąganiu rzeczy niemożliwych. Istotnym wątkiem, tego nadzwyczajnego dziennika, jest opowieść o dramatycznych wydarzeniach, które miały miejsce w życiu Martyny – wypadku samochodowym w Islandii, gdzie straciła wieloletniego przyjaciela, operatora kamery, (to jemu zadedykowała swoją książkę), ale też wizji kalectwa, która zdawało się, że pozbawi ją wszelkiej nadziei. To opowieść o bólu, zwątpieniu, ale też o nadzwyczajnej sile, dzięki której autorka potrafiła pokonać własne słabości, gdy po wypadku i z wyrokiem kalectwa, mimo dwukrotnego złamania kręgosłupa, rzuciła wyzwanie własnemu ciału, postanowiła zdobyć Everest. Martyna opisała w swojej książce walkę z cierpieniem i trudną drogę do urzeczywistnienia marzeń. To właśnie u szczytu Himalajów słyszymy głos płynący z naszego wnętrza, zaczynamy pytać i szukać odpowiedzi i…..znajdujemy je, bo świat ma w górach inny wymiar. Martyna przesunęła horyzont swojego życia, i to dało jej ogromną siłę, którą może znaleźć sobie każdy z nas, gdy czegoś naprawdę pragnie.

Jest to zarazem pierwsza publikacja ,która wywołała we mnie tyle emocji.Tak różnorodnych,pomieszanych…
Poczynając od uczucia ulgi aż po strach i łzy. Chyba nigdy nie byłam tak emocjonalnie związana z kupą druku:) Nie wiem czy to za sprawą wrodzonego uwrażliwienia na ból i cierpienia innych?Czy też ze względu na tematykę ,która zawsze była bliska mojemu sercu?

Bardzo trafnie skomentował Ów pozycję P.Krzysztof Walicki ,który powiedział;
„Autorka inaczej niz zawodowi himalaiści opisuje wyprawę-chyba bardziej prawdziwie, z większa wrażliwością na szczegóły. To są spostrzeżenia i przemyślenia człowieka „z zewnątrz”, który widzi rzeczy, o jakich górscy weterani nie zawsze chętnie mówią…jest to ksiąka o człowieku w górach”

Na koniec jeszcze zacytuję pewien fragment ,który szczególnie utrwalił się mej pamięci:
„Hiszpański wspinacz siedzi z plecakiem oparty o skałę. Szerpa poprawia mu czapkę, wyciera nos. Pomyślałam: „O Boże, jak to dobrze, że mi nikt nie musi wycierać nosa”. On coś do niego bełkoce, po czym prosi o radio. Przez to radio nadaje do Bazy, żeby Szerpa odkręcił mu tlen na cztery litry. I Baza do Szerpy po szerpijsku mówi, żeby on mu odkręcił ten tlen. Patrzę na tę scenę zdumiona, bo jak ja chcę mieć przepływ tlenu – cztery litry, to ściągam sobie plecak, odkręcam i zakładam plecak z powrotem… Szerpa poprawił mu jeszcze raki, maskę, czapkę. Patrzyłam na to i nie wierzyłam, że tacy ludzie też wchodzą na Everest. I co nimi kieruje? Czy gdybym ja była w takim stanie, to też pchałabym się dalej do góry? Czy dałabym radę doczołgać się na szczyt? Minęłam takich ludzi więcej – wycieńczonych, rozczarowanych, załamanych, pokonanych przez Górę albo zmagających się z Nią tak ciężko. Zastanawiałam się, skąd brała się ich motywacja, bo musiała być naprawdę wielka, jeśli byli w stanie to znosić!”
Mój dziennik z Everestu




Bruce Chatwin”Pieśni stworzenia”

Grudzień 21, 2009
Tytułowe Pieśni Stworzenia… Są one– najogólniej mówiąc – labiryntem niewidzialnych dróg
pokrywających cały kontynent australijski.

Europejczycy nazywają je „ścieżkami śpiewu” lub „szla-kami snu”, natomiast sami aborygeni nawają je Yiri (w języku Walpiri) – „ślada-mi przodków”, lub „ścieżkami prawa”. Są ścieżkami przecinającymi cały kontynent australijski.Pojawiły się dzięki mitycznym przodkom, którzy powstali z ciemnej, martwej Ziemi i podróżowali, stwarzając góry, doliny, zbiorniki wodne,zwierzęta, ludzi –całe życie na Ziemi.

Są również mistycznymi religijnymi pieśniami, które
opowiadają historię stworzenia.Podczas wędrówek przodków i ich przygód zostały
ustanowione wszystkie prawa dotyczące życia i polowania.

Ścieżki śpiewu są to również obrazy przedstawiające wędrówki herosów Epoki Snu, opowiadające o tym, jak Ziemia została „wyśpiewana” i w ten sposób – stworzona. Na północy i północnym zachodzie Australii mają
swój początek najważniejsze ścieżki śpiewu – na wybrzeżach
Morza Timor i Cieśniny Torresa, by potem – prowadząc dalej na południe –przeciąć w
poprzek cały kontynent. Może to właśnie tam prowadziły mityczne trasy wędrówek?
Trudno to dziś odgadnąć, gdyż było to bardzo dawno, może nawet pięćdziesiąt i więcej tysięcy lat temu…Przez całe tysiąclecia lud ten wiódł spokojne, koczownicze życie. Mężczyźni polowali, a kobiety zbierały pożywienie i zajmowały się dziećmi. Ludzi tych ukształtowały wiatr, słońce i woda. Czas płynął powoli.

Bruce Chatwin stworzył prozę niezwykłą,magiczną a wręcz mistyczną.
Dzięki niej czytelnik  poznaję kulturę oraz
tradycję Aborygenów o ,której dziś tak mało słyszymy.
To doskonała uczta dla każdego nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Warto również wspomnieć iż bardzo dużym atutem książki jest jest jej forma. Mowa tutaj oczywiście o reportażu ,który budzi nie tyle większe zainteresowanie wśród czytelników ale również pozwala na krótką polemikę z autorem.Nie mogę doczekać się kiedy w swym czytelniczym zbiorze będę mogła ujrzeć „W Patagonii” tego Ów pisarza.


Jesteście gotowi na gawędę? Słuchajcie zatem:Jak się Frankowi w Wigilię baba odmieniła.

Grudzień 13, 2009

Od dziesiątków lat ludzie na Podhalu wierzyli, iż Wigilia to dzień niezwykły. Mówiono, że w ten dzień chłopi muszą do chałupy drzewa przynieść, upolować zwierzynę, a baby winny wyzbierać jajka z grząd.


To miał być zwiastun, iż w ciągu roku do chałupy coś przybędzie, a i biedy nie będzie. Wierzono również, że w Wigilie chłopy z babami nie powinni się kłócić. Jeśli by doszło do sporu, to miało oznaczać, że kolejny rok będzie obfitował w kłótnie i spory. Chłopy na Podhalu dobrze wiedzą, co to znaczy z babą się kłócić, a dopiero cały rok!
We Witowie gazdował Franek z Maryną. Gazdówkę mieli sporą, ale co z tego, gdy gazda był leniwy, a baba kłótliwa. Baba wiele racji miała, bo Franek był strasznym leniem.


Na kilka dni przed Wigilią Franek poszedł na posiady do gazdów w Chochołowie. Gazdowie gwarzyli o starych czasach, wierzeniach, a i o wigilijnych zwyczajach.
– Może i Ty Franek spróbujesz swoją babę w Wigilię zmienić? – zwrócił się do Franka, stary Frączysty.
– Ale i sam nie jesteś bez grzechu, boś leniwy gazda, a to wstyd, Twój dziadek był pracowitym i szanowanym gazdą – mówił dalej Frączysty.


Franek postanowił się zmienić, a może i moja baba przestanie się wydzierać na mnie. Franek wrócił do chałupy dopiero przed północą, baba go nakrzyczała, że za dwa dni Wigilia, roboty sporo w chałupie, a rano będzie spał. Franek nic nie mówił, bo przecież postanowił się zmienić. Liczył też, że i jego baba się we Wigilię odmieni. Franek obmyślał sposób odmienienia swego i baby życia. Następnego dnia było jeszcze ciemno, jak Franek wstał. Poszedł do stajni, zwierzęta napoił, a potem pojechał do lasu po drzewo. Wziął strzelbę, bo Frączysty mówił, że należy i coś upolować. Franek najpierw drzewo ścinał, potem je porąbał, rozpalił ognisko, trochę odpoczął i wyruszył na polowanie. Franek miał sporo szczęścia, gdyż polowanie było nadzwyczaj udane.


Maryna też postanowiła się zmienić. O niezwykłej mocy wigilii słyszała od starej Józki z Brzegów. Może Franek będzie inny, to znaczy się robotny? Bardzo chciała, by się tak stało. Z samego ranka wstała, patrzy, a Franka już nie ma. Poszła do stajni, oczom nie wierzy, zwierzęta nakarmione, stajnia posprzątana. Czyżby chłop pojechał do lasu po drzewo i na polowanie, bo strzelby nie było, radośnie pomyślała baba. Szybciutko poszła do izby, wzięła się do babskiej roboty, izby posprzątała. Potem piekła świąteczne kołacze, szykowała jedzenie na wigilijną wieczerzę. Po południu z robotą była gotowa, chwilkę usiadła przy stole, patrzy chłop przyjechał saniami pod chałupę, drzewo zrzuca i układa do szopy, później wnosi do spiżarni upolowaną zwierzynę, Maryna tylko się uśmiechała z radości. Franek wszedł do izby, patrzy i oczom nie wierzy, baba nie pyskuje, a tylko się uśmiecha, a po izbie roznoszą się zapachy świątecznych wypieków i jedzenia. Franek też się uśmiechnął.
Frankowi i Marynie życie we Wigilię się odmieniło. I odtąd mądrze i zgodnie gazdowali.


Podobało się? Nie mówcie, że nie, bo nie uwierzę. 🙂

Prawda, że ładne? I wyjątkowe.Ilekroć mam zły humor(a niewątpliwie taki dziś przeważa) sięgam po mity,legendy i baśnie spod Giewontu…

…To taki uroczy umilacz czasu.

Ryszard Kapuściński-„Heban”

Grudzień 10, 2009

„Nie jest to więc książka o Afryce, lecz o kilku ludziach stamtąd, o spotkaniach z nimi, czasie wspólnie spędzonym. Ten kontynent jest zbyt duży, by go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje”.

Kapuściński od samego początku pragnie zwrócić uwagę czytelnika na pierwszy problem ,który autor napotyka a co niewątpliwie stoi na przeszkodzie ku poznaniu tej odległej krainy. Jest nim proces ciągłego kształtowania się fałszywych obrazów często wynikających z niewiedzy,prostych informacji niegdyś ukazanych na łamach prasy czy też stacji telewizyjnych,radiowych.Pewne obrazy pozostają w naszej swiadomości na zawsze i to one właśnie stanowią podwalinę do dalszego wysnuwania błednych wniosków. Media przekazują nam niewiele, a są to przede wszystkim przekazy utwierdzające stereotyp Afryki jako jednorodnego kontynentu ginącego w lawinie konfliktów i epidemii.

Kapuścińki wykazuję się niezwykłą przenikliwością dobrego obserwatora ,który przede wszystkim słucha. Słucha każdego bowiem wie ,że prawdziwym bogactwem nie tylko Afryki ale każdego obszaru są jego mieszkańcy,prości ludzie ,którzy wspólnie tworzą kulturę oraz tradycję danego regionu. Zwracam na ten aspekt szczególną uwagę ponieważ tak wiele mówi się dziś lekceważących reporterach ,którzy Permanentnie rekonstruują rzeczywistość byleby tylko wzbudziła fale gromadnych emocji.

Ryszard Kapuściński jest zupełnie inny…Szacunek, jakim darzy ten wykształcony Europejczyk biednych nagich analfabetów winien być obowiązujący. Biali, bogaci, wykształceni mamy pokusę wynoszenia się nad Afrykanów, oceniania, litowania się, pouczania. Kapuściński opowiada, a raczej czyta ich świat, wpatruje się w nich, próbuje rozumieć przyczyny, podaje fakty historyczne i przyrodnicze, które warunkują życie w Afryce. „Heban” może być także w pewnym sensie rachunkiem sumienia dla „ubogiego” Europejczyka, wiecznie narzekającego Polaka, któremu zawsze mało dóbr materialnych. Bo w Afryce „jesteśmy w świecie, w którym człowiek, czołgając się, próbuje wygrzebać z błota kilka ziaren zboża, żeby przeżyć do następnego dnia”. Bo tu je się raz na dwa dni, bo najwyższym dobrem jest banan, a luksusem zdezelowany rower. Dlamnie Heban” jest i zawszę będzię książka niezwykłą, która rzetelnie i bez ogródek odsłania szokującą prawdę o codziennym życiu w Afryce – życiu, o którym nie mówi się na co dzień. Dlaczego? Może dlatego, że jest to temat niewygodny, trudny, niekomercyjny? Żeby mieć pojęcie o życiu w Afryce, trzeba tam pojechać, przy czym „tam” nie oznacza najbardziej ekskluzywnych miejsc… Trzeba udać się do dzielnic biedy, pojechać na afrykańską wieś, pobyć na pustyni, poznać zagrożenia nadchodzące z każdej strony – insekty, dzikie zwierzęta, niesamowity upał, przed którym nie ma schronienia. Tak właśnie zrobił Ryszard Kapuściński. Będąc w Afryce w roli korespondenta, reportera, często ryzykował własne życie. Nie bał się stawić czoła prawdziwej Afryce. Pragnął poznać mentalność i problemy jej mieszkańców. Przekonał się, że żyją oni z dnia na dzień, bez pracy i perspektyw lepszego jutra.

W „Hebanie”, który jest jednocześnie powieścią i zbiorem reportaży, Ryszard Kapuściński połączył wybrane wydarzenia z okresu swego kilkuletniego pobytu na kontynencie afrykańskim, aby stworzyć wyjątkowy, przejmujący obraz tej części świata. Dzięki książce Kapuścińskiego uzmysłowiłem sobie, że współczesny obraz „Czarnego Lądu” zdecydowanie odbiega od tego, który każdy przeciętny człowiek ma w sobie zakodowany. Dzisiejsza Afryka nie jest Afryką z sienkiewiczowskiego „W pustyni i w puszczy”.Uświadamiam to sobie i będę jeszcze długo,bowiem nic nie stoi na przeszkodzie ku przeczytaniu książki poraz kolejny i… kolejny. Dla niektórych pozycją wciąż powracająca jest „Mały książe” dlamnie jest to właśnie Heban.

Come back…

Grudzień 6, 2009

Kiedy na widok zalanego laptopa wpadasz depresję,obwiniasz los o swoje nieszczęścia,rwiesz włosy z główy na myśl o kolosalnym rachunku wystawionym przez informatyka; POWINIENEŚ WZIĄĆ GŁĘBOKI ODDECH I UWIERZYĆ W SWOJĄ MOC SPRAWCZĄ 🙂 Tydzień gorliwych modlitw,rytualnych tańców i efekt murowany:)
A teraz zabieram się do pracy ponieważ mam tylę do nadrobienia ,że nawet nie wiem gdzie ręce włożyć dlatego również w dodawaniu recenzji nastąpi chwilowa pauza . Wierzę jednak ,że niedługo otrząśniemy się z kryzysu.
Zapamiętać! Jeden zalany laptop to nie dramat…
Zmarnowana butelka wina to już kryzys 😀

„Lubimy środy”

Listopad 25, 2009

Dokładnie tak! Dwa(wg teorii Savor trzy:)biorąc pod uwagę cały tytuł) jakże krótkie i wymowne słowa,potrafią bezbłędnie określić wartość dzisiejszego dnia.Bez sęsu…

Podpisano:

Domniemana optymistka.

A teraz idę ujawnić swoją niewiedzę światu by muc ponownie się nią pochwalić w drugim terminie, jednak przyswajalność wiedzy nie mogę zrównać do litrów kawy spożytych dotychczas.

Suma Sumarum-wychodzi na zero…

Zut!:)